Wybory w Brazylii. Dlaczego starcie Trumpa z Lulą w Évian to coś więcej niż walka o władzę
Wybory w Brazylii odbędą się już w październiku. Już teraz stały się one zarzewiem potężnego konfliktu na najwyższych szczeblach władzy. Szczyt G7 we francuskim Évian-les-Bains miał być pokazem międzynarodowej jedności. Zamiast tego kuluary zamieniły się w teatr ostrej politycznej rywalizacji. Głównymi aktorami zostali Donald Trump oraz ikona latynoamerykańskiej lewicy, Luiz Inácio Lula da Silva. Ostra wymiana zdań obnażyła głębokie pęknięcia na linii Waszyngton–Brasília. Pokazała też siłę rosnących potęg globalnego Południa. Obecnie uwaga USA jest rozrywana między Amerykę Łacińską a strategiczne zaangażowanie w ramach NATO. Amerykanie stale deklarują też kluczowe wsparcie dla Ukrainy.
Pomyłka miliardera, czyli jak Trump pomieszał braci Bolsonaro
Iskrą dla napiętej atmosfery były słowa Donalda Trumpa na konferencji prasowej. Amerykański prezydent określił kraj rządzony przez Lulę mianem „politycznie trudnego”. Stwierdził też publicznie, że Brazylia „gra dość twardo”. Dodał jednak buńczucznie, że „nikt nie gra twardziej niż Stany Zjednoczone”.
Największe kontrowersje wzbudziła jego bezpośrednia interwencja w wewnętrzne sprawy sąsiedniego państwa. Na tamtejszą scenę ogromny wpływ mają nadchodzące wybory w Brazylii. Trump głośno skrytykował niedawny wyrok na syna byłego prezydenta Jaira Bolsonaro. Nazwał całą tę sytuację „nieprzyjemną”.
„Zatrzymali kogoś, kto kandyduje w wyborach; dobrze mu szło w sondażach, a zatrzymali go za składanie oświadczeń w Teksasie” – grzmiał prezydent USA.
Problem w tym, że Trump w swojej tyradzie widowiskowo pomylił fakty. Amerykański przywódca najwyraźniej zlał w jedno dwie różne postacie:
Eduardo Bolsonaro – skazanego zaocznie przez Sąd Najwyższy na ponad 4 lata więzienia. Otrzymał wyrok za nielegalny lobbing w USA na rzecz nałożenia sankcji na własny kraj. Eduardo mieszka w Teksasie i nigdzie nie kandyduje.
Flávio Bolsonaro – senatora i rodzonego brata Eduardo. To na niego mocno stawia tamtejsza prawica. Jest on bezpośrednio zaangażowany w obecne wybory w Brazylii jako główny rywal Luli.
Ta poważna wpadka dała Luli idealną amunicję do przeprowadzenia bezwzględnej riosty.
Lekcja „cywilizowanych wyborów” od Luli da Silvy
Reakcja brazylijskiego prezydenta w Genewie była chłodna i precyzyjna. Lula uderzył w najczulsze punkty Trumpa. Nie bawił się w dyplomatyczne eufemizmy. Jasno dał do zrozumienia, że wybory w Brazylii to wyłącznie wewnętrzna sprawa jego obywateli.
„Myślę, że Trump mało wie o Brazylii; jeśli w ogóle coś wie, to przez swoje relacje z rodziną Bolsonaro” – skwitował lewicowy przywódca. Zażądał dla swojego kraju szacunku ze strony Waszyngtonu.
Lula poszedł jednak o krok dalej. Uderzył bezpośrednio w mit amerykańskiej doskonałości instytucjonalnej. Z dumą bronił brazylijskiego, w pełni elektronicznego systemu liczenia głosów. System ten podaje oficjalne wyniki w dwie godziny po zamknięciu lokali. Zasugerował, że Stany Zjednoczone wciąż borykają się z wyborczym chaosem. Waszyngton powinien uczyć się od Brazylii organizacji procesów demokratycznych. Według Luli są one „spokojniejsze, łagodniejsze i mniej problematyczne”. „Jeśli ktoś ma się uczyć o cywilizowanych wyborach, to jest nim Trump” – dodał z uśmiechem Brazylijczyk.
Geopolityczna układanka: Cła, pierwiastki i widmo nowej zimnej wojny
Pod fasadą personalnych uszczypliwości kryje się twarda gra o strefy wpływów. Na te wydarzenia z niepokojem patrzy cała Europa. Relacje między dwoma gigantami półkuli zachodniej od miesięcy szorują po dnie. Administracja Trumpa uderzyła w Brazylię karnymi cłami na import. Nałożyła też sankcje na brazylijskich sędziów. To oni doprowadzili do skazania Jaira Bolsonaro na 27 lat więzienia za próbę zamachu stanu w 2022 roku.
Trump uważa te procesy za motywowane politycznie „polowanie na czarownice”. Dla Luli to bezczelna próba ingerencji w suwerenność narodową przed kluczowym głosowaniem. Brazylijski przywódca przyjął jednak strategię czysto pragmatyczną. Zauważył, że „Trump dużo mówi, a mało słucha”. Zamiast spotkania dwustronnego wręczył mu po prostu suchy folder z dokumentami. W środku znalazły się strategiczne raporty dotyczące walki z przestępczością. Dotyczyły one także zabezpieczenia złóż pierwiastków ziem rzadkich. Są to surowce kluczowe dla amerykańskiego przemysłu technologicznego. Ogromną chrapkę mają na nie także Chiny.
W kuluarach szczytu w Évian europejscy sojusznicy z NATO starali się utrzymać amerykańską uwagę na wschodniej flance. Dla państw europejskich kluczowa pozostaje obrona państwowości Ukrainy. Trump po raz kolejny udowodnił jednak, że potrafi otworzyć zupełnie nowy front dyplomatyczny na własnym „podwórku”.
Amerykański odwrót, chińska ekspansja
W finałowej części wystąpienia Lula dotknął kwestii dominacji Pekinu w Ameryce Południowej. To zagadnienie najbardziej spędza sen z powiek strategom z Waszyngtonu. Brazylijski prezydent jasno zadeklarował brak chęci udziału w „nowej zimnej wojnie” między USA a Chinami.
Jednocześnie wbił szpilkę amerykańskiemu biznesowi. Przypomniał, że firmy z USA od lat ignorowały przetargi infrastrukturalne w tym regionie. Skoro Waszyngton zostawił puste miejsca, naturalną próżnię wypełniły chińskie inwestycje. Brasília nie zamierza prosić o pozwolenie na budowanie wielobiegunowego świata. Nie zmieni tego amerykański protekcjonizm.
Nadchodzące wybory w Brazylii będą pod tym względem kluczowe dla całego globu. Wygrana Flávio Bolsonaro oznacza dla Trumpa zyskanie potężnego sojusznika. Jeśli jednak Lula utrzyma władzę, Ameryka Południowa będzie konsekwentnie dryfować w stronę niezależności. Przypomni to Waszyngtonowi, że czasy Doktryny Monroe dawno odeszły do lamusa.


